Rozważania o wolontariacie z Aliną w tle

Alina urodziła się 29 lat temu z czterokończynowym porażeniem mózgowym, zdiagnozowanym dopiero w okolicy 1 roku życia, co całkowicie zaprzepaściło szanse na skuteczną rehabilitację.

Do tego zaburzenia percepcji wzrokowej, przejawiające  się dokuczliwym  brakiem orientacji

w terenie. Nie spytasz jej o drogę do pobliskiego sklepu, bo nie będzie umiała Ci jej wskazać, zgubi

się sama za najbliższym rogiem. I ciężko utrzymać skupienie wzroku na jednym punkcie.

Dużą uciążliwością jest nadmierna spastyczność rąk i nóg, utrudniająca wszelkie ruchy ,z którą Alina walczy za pomocą ćwiczeń. Pomimo przeszkód, Alina jest w stanie, choć z trudem, przemieszczać

się w ramach swojego pokoju, przy uchwytach i poręczach.

Zupełnie prozaiczne drobiazgi utrudniają życie – sztywność rąk na przykład sprawia, że rękawy ubrania muszą być mocno rozciągliwe i luźne, dobrze, że Pani Lidia potrafi szyć !

Poza tym – osoba delikatna, subtelna, pięknie i starannie się wysławiająca – od ubiegłego roku Pani Magister filologii angielskiej.

 

„Człowiek jest tyle razy człowiekiem, ile zna języków” (Goethe)

 

Alina marzy o pracy lektora w szkole językowej, ale dla grup dorosłych, bo może sobie nie poradzić

z rozpierającą energią dzieci, ewentualnie o pracy jako tłumacz tekstów użytkowych, bo ten kierunek studiów również skończyła.

Na razie tylko jeden dzieciak pobiera korepetycje. Przyjemnie słuchać, jak Alina o tym opowiada –

z powagą, skupieniem, i zawsze z tą niezwykłą starannością w doborze słów – ile pracy kosztuje ją (czytaj : jak ważne jest dla niej) perfekcyjne przygotowanie się do lekcji , zważywszy, że nigdy nie wie, który temat był przerabiany w szkole, jaka część stanowi dla ucznia największy problem i będzie wymagała wyjaśnienia, ba – nie wie nawet tego, czy jej uczeń poprosi o lekcje z angielskiego czy

z niemieckiego (który Alina również zna). Tyle niewiadomych sprawia, że Alina przygotowuje się kompleksowo z kilku tematów, i w ten sposób nie daje się  zaskoczyć  w trakcie lekcji – może więc przeprowadzić w pełni wydajne, przemyślane korepetycje.

Sądzę, że Alina tęskni do przyjaciół. W jej sytuacji nie bardzo ma jak spotykać się z ludźmi, a żeby się zaprzyjaźnić, trzeba wspólnie spędzać czas.

Pytałam o przyjaźnie ze studiów, ale Alina nie bardzo ma ochotę rozwijać temat.

Alina nie lubi prosić, nie stosuje żadnych „socjotechnik” do zdobywania sympatii  –  jest sobą. Spokojną, delikatną, subtelną osobą, nie narzucającą się otoczeniu. Trudno się przebić i zaistnieć.

W wyobraźni widzę jakąś wesołą „paczkę” młodych ludzi, którzy zapraszają Alinę do swojego grona – wspólne biesiadowanie przy ognisku, wyprawa na kawę i lody, wspólne wyjście do kina, wyjście na mecze piłki nożnej, które Alina uwielbia  –  to przecież nie musi dziać się tylko w mojej wyobraźni…

 

To wszystko , co obecnie sądzę i uważam na temat  wolontariatu, uświadomiła mi Alina.

Próbując dowiedzieć się czegoś więcej o niej i jej oczekiwaniach, nabrałam wiele pokory

i przemodelowałam swoje postrzeganie wolontariatu na rzecz osoby niepełnosprawnej.

W gruncie rzeczy całość tych przemyśleń mogę zamknąć konkluzją – wolontariusz nie powinien traktować podopiecznego jako przedmiotu swoich wyidealizowanych wyobrażeń o wolontariacie.

Wchodząc głębiej w ten temat ( przy zastrzeżeniu, że nie jestem psychologiem i są to moje osobiste rozważania ), fałszywie wypada wolontariusz, który podejmuje się tej pracy bez silnej przemyślanej motywacji.  Nie może to być działanie w celu zaspokojenia własnej potrzeby spełnienia dobrego uczynku, ukojenia  niepokoju wewnętrznego – że oto ja, jako przyzwoity człowiek, humanista, powinienem pomagać słabszym, chorym, potrzebującym, bo tego wymaga moje poczucie człowieczeństwa.

Jako wolontariusz, powinieneś być gotowy na wpuszczenie podopiecznego do swojego życia.  Jest tu pozorna sprzeczność – pełnimy wolontariat raz w tygodniu 2 godziny, nie chodzi więc o to, żeby podporządkować swoje życie podopiecznemu i żyć jego życiem, ani żeby pozwolić  jemu żyć naszym życiem.  Ale żeby nie traktować go jak jakiegoś zielonego ludzika  z innej planety, żeby umieć nawiązać z nim kontakt na zasadzie partnerstwa,  i zaakceptować jego osobę zostawiając niepełnosprawność gdzieś na marginesie – nie najważniejszym –  znajomości. Wyklucza to traktowanie jak figurki z porcelany,  która może się potłuc przy silniejszym wietrze, wyklucza jawne

i wyraźne okazywanie współczucia, bo nasi podopieczni tak bardzo chcą się poczuć pełnoprawni

i wręcz przeciętni, typowi, równi, zwyczajni …. czytaj – zabawni, interesujący, szanowani …warci uwagi.

 

„Samotność nie jest naszym przeznaczeniem, a samych siebie poznajemy tylko wtedy, kiedy możemy się przejrzeć w oczach innych ludzi” (Paulo Coelho)

 

Czasami jest i tak, że wolontariusz staje się nieświadomie uciążliwy  – najdosadniej wyjaśnił to niewidomy Pan Paweł :

Jako osoba niewidoma, Pan Paweł ma swoje  rozpracowane szlaki przemieszczania się po ulicach. Zaczepianie niewidomego, z pozoru troskliwym pytaniem, czy nie potrzebuje pomocy, może wytrącić go ze skupienia na liczeniu kroków i tym samym sprawić, że się zagubi w skądinąd znajomej trasie.

Czasami osoby niepełnosprawne odbierają nasze gorliwe starania jako irytujące – łatwo jednak takie błędy popełnić, zwłaszcza jeśli wolontariusz czuje się skrępowany kontaktem z osobą niepełnosprawną z racji tego, że nie miał dotychczas takich doświadczeń. Wtedy najczęściej zachowujemy się mało swobodnie, trudno jest zainicjować rozmowę, albo wręcz przeciwnie, nawijamy bezmyślnie , byle tylko nie dopuścić do zapadnięcia krępującej ciszy…

Trzeba przyjąć jako naturalne również i to, że podopieczny ma także  swoje oczekiwania

i niekoniecznie będzie zachwycony każdą naszą formą działania, cokolwiek byśmy nie robili.

Z czasem wszystko się układa, opada niepotrzebne napięcie i wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda z wolontariatem. Prawdziwi zapaleńcy są z nami już od lat, a nawet jeśli nie pełnią już tej funkcji regularnie, to nadal odwiedzają swoich podopiecznych, choćby raz na jakiś czas.

Napisała:Krystyna Pytel.

Na zdjęciu Alina.